Złe dobrego początki.

Masz nieodparte wrażenie, że coś Cię w życiu omija a czas niezauważalnie przelewa Ci się przez palce.

Po raz kolejny, przez poranny pośpiech zapominasz o soku warzywnym na drugie śniadanie, który dzień wcześniej specjalnie dla Ciebie wycisnął Twój mężczyzna – w rezultacie jesteś skazana na pączka z pobliskiej piekarni bo wszystkie „fit kanapki” i tak zostały już wykupione.
W ferworze pracy zapominasz, że w południe miałaś zadzwonić do fachowca, który zobowiązał się położyć listwy podłogowe w mieszkaniu… Cóż…jedyny wolny termin i szansa na zwieńczenie remontu w tym miesiącu, przepadły. Pocieszasz się, że to nic bo przecież listwy i tak leżą już pół roku niezamontowane – jeżeli poleżą tak na podłodze jeszcze kolejny miesiąc, nic takiego się nie stanie.

Powrót po pracy do domu cieszy. Jest on jednak poprzedzony bitwą o miejsce parkingowe przy pobliskiej Biedronce (bo akurat wszyscy MUSZĄ robić zakupy w tym samym czasie co Ty), a także kilkoma „baranami” oraz „matołami” podczas wjazdu na skrzyżowanie.

Gratulacje. Udało Ci się wrócić o 20 do domu (korki na drogach musiały być naprawdę niewielkie). Wieczór w domu to czas, kiedy zaczynasz prowadzić wewnętrzną dyskusję/monolog rangi najwyższej: oceniasz sytuację i analizujesz wszystkie swoje wieczorne obowiązki niczym zawodnik na starcie biegów przełajowych – jak najszybciej i najmniej boleśnie je „pokonać”.  Jednocześnie nachodzą Cię różnorakie myśli. Pierwsza – że jeśli choć na chwilę siądziesz na kanapie, Twoja pozycja szybko zmieni się z pionowej na poziomą a stan świadomości, w sen. Druga – zastanawiasz się, czego najbardziej potrzebujesz: wyprasowanych koszul, zasilenia swoich szaf porcją wypranych i świeżych ciuchów, czy może domowej roboty obiadu na drugi dzień do pracy. Dobijający się do Twojej głowy kolejny głos nie pozwala Ci wykonać wszystkiego. Musi przecież starczyć Ci czasu na wieczorną sesję z Chodakowską.

O 23 dobiegasz na metę maratonu. Wyczerpana stwierdzasz, że należy Ci się chwila na regenerację sił po całym dniu. Taka chwila tylko dla Ciebie. Kierujesz się więc do łóżka, potykając się po drodze o niezamontowane listwy.

Nie mija kwadrans a Twój nos jest już w bliskiej styczności z książką. Zmęczenie wzięło górę.

6:30. Pobudka.

Mija rok, dwa, pięć… a Ty nadal pędzisz.

Ile momentów w ciągu ostatnich pięciu lat przeżywałaś całą sobą, tak prawdziwie, nie myśląc o zgiełku otaczającym Cię dookoła? Jak bardzo skupiasz się na wykonaniu jednej konkretnej czynności, pilnując aby bylejakość nie wdarła się do codziennej rutyny? W moim przypadku, odpowiedź na każde pytanie to: zbyt mało. Ostatnie lata były szalone. Kluczowe decyzje zmieniające moje życie o 180 stopni były przemyślane i podjęte świadomie, jednak cała lawina późniejszych wydarzeń przetoczyła się bez należącej się jej uwagi i bez wsłuchiwania się w swoje wnętrze, realne potrzeby. Poziom irytacji i frustracji osiągał swoje maximum, kiedy humor nie dopisywał za grosz, a ja sama nie wiedziałam jaki jest powód mojego ogólnego niezadowolenia i czego właściwie w życiu chcę.

Ekstremalny pośpiech spowodował, że powstał (a w zasadzie dopiero powstaje) ten blog. Wierzę, że MIMO coraz większego pędu, możliwe jest odnalezienie w sobie umiejętności, a przede wszystkim chęci do tego, by żyć WOLNIEJ. Bardziej świadomie i w zgodzie ze swoimi potrzebami.

 

3 thoughts on “Złe dobrego początki.

  1. Wciąż szukam w sobie tej umiejętności. Może jakbym miała więcej czasu na te poszukiwania, to byłyby bardziej skuteczne? Taki życiowy paradoks.

    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *