Czas po hiszpańsku.

Jeśli zapytałabym Cię jakie masz skojarzenia z Hiszpanią i ciepłym klimatem, co byś odpowiedział/a?
Nie dam odciąć sobie ręki jednej ani drugiej bo za bardzo jestem z nimi związana ale zapewne jednym z Twoich skojarzeń jest SJESTA (?). I o niej będzie dzisiaj.
Do wpisu zainspirowały mnie dwutygodniowe obserwacje mieszkańców Gran Canarii, gdzie spędziłam urlop. I wierzcie mi, że na własnym urlopie nie potrafiłam się tak wyluzować jak oni na co dzień… ale dziś nie o mnie, a o kanaryjsko-hiszpańskiej rzeczywistości właśnie.
Sama sjesta, czyli odpoczynek (najczęściej poobiedni) nikogo nie dziwi w krajach o ciepłym klimacie (głównie kraje basenu Morza Śródziemnego).
Jednak dla niezorientowanego turysty może okazać się ona nie lada zaskoczeniem. Pamiętam siebie jeszcze parę lat temu. Spragnioną, w wyniku maszerowania w pełnym słońcu po lokalnych hiszpańskich uliczkach i szukającą jakiegokolwiek sklepu, w którym mogłabym zakupić wodę. Sklepy były… każdy zamknięty na 3 spusty i ani żywej duszy w pobliżu. Wtedy mogłabym pomyśleć „jak na złość”. Nikt tam nikomu bynajmniej na złość nie robił. Ci Hiszpanie po prostu pielęgnowali swoją tradycję.
Podczas urlopu na Gran Canarii zaskoczeniem były dla mnie godziny pracy urzędów, czy banków w południowej części Wyspy. Zamykały się one już o 13 (w przypadku banku) lub o 14 w przypadku urzędów. Przyznaję – ogarnęła mnie czysta zazdrość kiedy pomyślałam, że ja w tych godzinach jestem dopiero w połowie pracy…
Również w supermarketach odczuwalny jest całkowity brak pośpiechu. Nikt nikogo nie pogania, ba, kasjerka z uśmiechem na ustach ucina sobie miłą i niekoniecznie krótką pogawędkę z hiszpańskojęzycznym klientem stojącym przede mną. Miałam wrażenie, że ta przyjacielska atmosfera udziela się klientom dookoła a w rezultacie ludzie w zasięgu mojego wzroku cieszyli się, jakby ktoś wypuścił powszechnie znaną substancję euforyzującą. Być może dla Ciebie nie ma w tym nic dziwnego ale zakupy w „moim” osiedlowym Fresh’u wyglądają zgoła odmiennie.
Wisienką na torcie był moment, w którym odkryłam (oczywiście już po uwzględnieniu różnicy czasu między Kanarami a Polską), że praktycznie każdy zegarek w autobusach wskazuje nieprawidłową godzinę… Zabawne, że pędzący dla mnie czas, od którego często uzależniam swój nastrój (sick!) i przypisuję mu wręcz wartość rangi egzystencjalnej, dla innych jest. Po prostu jest i płynie powoli. A przecież doba w każdym zakątku świata ma 24 godziny. Wniosek narzuca się sam. Tylko od nas zależy, czy będziemy wywierać na sobie presję i stresować się, gdy nie uda nam się wykonać wszystkich podpunktów z listy „na dziś”. Przecież równie dobrze możemy zrobić to jutro. I tu na myśl przychodzi mi kolejne słowo zaczerpnięte z hiszpańskiego, które bardzo lubię: maniana! (hiszp. mañana, czyli jutro/w przyszłości). Dla mnie w samym swoim wydźwięku to słowo jest już bardzo leeeeniiiiiweee.
Tak więc jeśli nie mamy do czynienia z sytuacją wagi życia lub śmierci lub jeśli nie umawiamy się akurat z kimś na konkretną godzinę (zawsze będę się upierać, że punktualność to okazanie szacunku drugiej osobie) – wrzućmy na luz i cieszmy się chwilą jak Hiszpanie! Ole! 🙂

PS Serdecznie polecam wpis eksperta, jeśli chodzi o Hiszpanię i tamtejsze zwyczaje. Autorka tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że ten leniwy nastrój w ciągu ostatnich dwóch tygodni nie wziął się z faktu samego urlopu ale z miejsca, w którym ten urlop spędzałam.

2 thoughts on “Czas po hiszpańsku.

  1. Jestem umówiona do dentysty. Wszystkie sprawy załatwiłam na tyle szybko, że jestem na miejscu 30min przed czasem. Gorączkowe myślenie: co w tym czasie mogę załatwić? Może zakupy zrobię po drodze? No ale przecież lodówka pełna, niczego nie potrzebuję. Szukam kolejnych spraw, które mogłabym w tym czasie ogarnąć i nic. I myślę sobie, a usiądę na ławce, pogoda znośna. czytam twojego bloga – dobrze trafiłam. I co? I zwalniam… 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *